Moja Schangri-la

By LIDIA ZAKRZEWSKA

Trzydzieci lat temu, zycie zerwalo dach z nad mojej golwy i rozproszylo mnie i moich czterech synów po swiecie. Najmlodszy mial 18 lat, najstarszy tylko piec lat wiecej. Musieli dawac sobie rade.

Mnie rzucilo, doslownie na bruk Bostonu. Z jedna walizeczka wynajelam pokój na facjacie dzielac kuchnie i lazienke z dwoma innymi kobietami.

Pracowalam na pól etatu jako sekretarka w Bostonskim Konserwatorium. Nalezalo mi sie to jakby z urzedu, bo cala mlodosc spedzilam przy fortepianie. Mialam za soba szesc lat Warszawskiego Konserwatorium, ale w Polsce nie chcialam sobie zawracac glowy dyplomem nauczyciela. Byla przede mna kariera koncertowa. Nagle jeden dzien jedno uszkodzenie reki i koniec kariery. Teraz, w Bostonie, nie moglam uczyc w Konserwatorium bez dyplomu, a czerwona Polska nie wydawala wtedy dyplomów „na uzytek kapitalistycznego kraju.”

Wiec doczepilam sie do muzyki jako sekretarka nie piszaca na maszynie. (Druciane klawisze – tabu dla pianistów, bo moga zniszczyc dotyk gladkich, bialych klawiszy).

Temperowlam olówki i wkladalam papierki do odpowie- dnich przegródek.

Mój pierwszy, mikroskopijny czek wymienilam w banku, a pieniadze schowalam do torebki.

– To ty tak nosisz pieniadze? – zapytala kasjerka. – Schowaj je do buta.

Bylo gorace lato. Na bosych nogach mialam sandalki. Jednego dnia po pracy, kupilam dla znajomej, która spodziewala sie dziecka, ladna wyprawke w duzym pudle z kokarda. Pudlo w bialym opakowaniu wsunelam miedzy jarzyny, które kupilam na kolacje. A potem stanelam na rogu ulicy czekajac na zielone swiatla. Przeszlam na druga strone i … wyprawka zginela. Zla na caly swiat, pomyslalam dzungla i zamknelam sie w domu na trzy zasówki: zamek, zamek, zamek Yaale i lancuch.

W styczniu z dziesiecioma dolarami w bucie, wracalam o zmroku z pracy. Pieszych na chodniku nie bylo. Wyskoczyl chlopak z cienia bocznej ulicy, chwycil za torebke. Byla na pasku przerzuconym przez ramie. Szarpnal. Ja upadlam. Biegl ciagnac mnie za soba. Wylam jak syrena pozarowa. Pasek sie urwal. Chlopak, w poprzecznej alei, wyrzucil z torebki niepotrzebne rzeczy, otworzyl portmometke, w której mialam tylko centy. Blysnal nóz w swietle ulicznej lampy. Zlodziej wracal po dolary, które mialam w bucie. Ale juz bylo kolo mnie trzech cywilów – policjantów i zlapali go. Mnie, pokrwawionej (zdarlam skóre chwytajac sie trotuaru), kazali wejsc do karetki wieziennej. Wahalam sie, bo brudna i ciemno wewnatrz. Zapalili zarówke, kiedy stanal przed nami pan, oswiadczajac:

– Jestem lekarzem. Wiezcie ja do szpitala. Wszystko widzialem siedzac w tym zaparkowanym samochodzie. Wskazal na najblizszy samochód.

Nie mógl pomóc? Nacisnac na klakson? Wolajac z bezpiecznego ukrycia o pomoc dla napadnietej? A co by zrobil gdyby mnie zlodziej pchnal nozem?

Dzungla – pomyslalam. Zawiezli mnie do szpitala jako ” ofiare napadu”. Do dzis mam slady zdartej skóry.

Szukajac lepszej pracy, zawedrowalam do agencji. Wypelnilam formularz. Sekretarka otworzyla jakies drzwi, mówiac:

– Panie doktorze, nowa klientka.
Doktor? Lysawy, przeczytal formularz. ” Jesli mi pani pozwoli to przepisac, znajde pani prace. Ale nie z doktoratem i magisterium. Bez doswiadczenia dyplomy niewazne”.

„I ja mam doktorat. – powiedzial. Mam zone i troje dzieci. Pompowalem benzyne i studiowalem, jak pani, nocami. Zrobilem magisterium i doktorat z teologii. Jestem protestantem. A pracy w swoim zawodzie nie dostane, bo nie mam doswiadczenia. Chce pani pomóc, wiec proponuje: usunmy magisterium i doktorat”.

Nie. Przez dwa bezowocne lata próbowalam az wreszcie wypelniajac formularz, ze mam skonczone gimnazjum, dostalam prace…

W domu starców. Uczylam sklerotyczki na drutach. Jak za bardzo sie obwiazaly welna, przecinalam zasznurowane. Aby tylko wytrzymac do piatej i wrócic do domu.

Wreszcie znajomi wywiezli mnie do malego miasteczka w New Hampshire gdzie dostalam prace w administacji stanowego college’u jako”dozorca” ponad czterystu rozbuchanych chlopaków. Mieszkali w czterech budynkach polaczonych moim parterowym mieszkaniem. Wszystko u nich bylo nowe, bo na koncu semestru tylko cement zostawal. Rzeczy lamliwe i ruchome byly systematycznie demolowane przez pijanych nastolatów.

– Co semestr zniszczenie wynosi $4.000, bo wiecej zniszczyc nie moga – powiedzial mój przelozony.
– Kto za to placi?
– Ja i Pani. Z podatków.

Mialam do wyboru powiedziec: dzicz i krecic nosem na powymiotowane schody, albo rozwydrzonych chlopaków pokochac jakby byli moi.

Cyfry na koncu pierwszego z nimi semestru wykazaly zniszczenie „tylko” $900.00. Przelozony nie mógl uwierzyc. W drugim semestrze moi chlopcy zniszczyli tylko za 200 dolarów. Jedna szyba, kilka pozarowych gasnic. Drobnostka. Studenci stawali sie mniej pijani, a bardziej zajeci nauka.

W weekendy robilismy konkursy fotograficzne, jezdzili na wycieczki, lepili portrety z gliny. Ja kwitnelam z dumy, ale nastawiona na oczyszczenie atmosfery, bylam na tropach dziekana, który rozprowadzal narkotyki do trzech pobliskich uczelni. On dostal awans na rektora uniwersytetu w sasiednim stanie, a mnie usunieto. Takie jest prawo mafii.

Rzucilo mnie do Provo, Utah.
Na cwierc etatu uczylam polskiego na Uniwersytecie Brigham Young.
Studenci wspaniali. Potem zaczelam uczyc religi na 1/3 etatu. Dla uniwersytetu to taniej. Studenci mniej placa, kiedy ich uczy trzech bez ubezpieczenia i renty na starosc.

A jednak kolejka do takiej pracy byla milowa. Uczyc na BYU bylo, i jest, przywilejem. Szczesliwa, nie myslalam o starosci. Szybko zlecialo osiem wspanialych lat bez przeklenstw, awantur, bez pijanstw, gwaltów i zlodziejstw.

BYU — to najczystszy campus w calej Ameryce! Bez ani jednego niedopalka papierosa. 26.000 studentów (dzis ponad trzydziesci) po podpisaniu honorowej umowy z administracja, ucza sie dobrze, pracuja i nie sa niebezpieczni dla otoczenia. A jesli ktos zlamie te regule honorowa, mamusia zostaje zawiadomiona i czeka na lotnisku. Czesne bedzie zwrócone. Campus zostal oczyszczony i znów panuje atmosfera zaufania.

Przyjechala do nas na zwiady prezeska polskiej organizacji komunistycznej, naukowiec. Samochód z dziekanem juz nas odwozil do Salt Lake, kiedy zauwazyla, ze zostawila 300 – dolarowy aparat fotograficznyna pólce w pokoju dla kobiet.

– Zawracamy – powiedzialam. Pobieglam do Biura Rzeczy Zagubionych.
– Jakiej marki aparat?
– Jest.
– Prosze pokwitowac.

Komunistka bya zdziwiona. Tyle tysiecy studentów i nikt aparatu nie ukradl?

A potem dwóch Panów przylecialo z Moskwy. Podziwiali lsniace chlewy, gdzie studenci agrykultury trzymali zwierzeta.

– Czysto, bo to na stopnie – skwitowali fakt.
– Mozemy Panów zawiezc na nasza farme, gdzie ludzie pracuja za darmo. Zobaczycie tam równiez czystosc i organizacje.
– D-darmo pracuja?
Nasi ochotnicy akurat zbierali buraki.
– Darmo – nie wierzyli goscie.
– A gdzie sa ich baraki mieszkalne?
– To sa ochotnicy. Zglaszaja sie, kiedy chca i gdy maja wolne. Mieszkaja z rodzinami. Ten pan to elektryk. Ten obok to doktor. Ta Pani z koszem buraków to dentystka. Ma piecioro dzieci, ale sa teraz w szkole.
Komunisci odjechali zabierajac ze soba „sekret” darmowej pracy – zabroniona wtedy w Rosji Ksiega Mormona.

Przez dwa i pól roku w Provo wytrwalam bez telefonu. Unikam bzyczacego dzwonka. Potrzebny mi byl spokój po rozpijaczonych nocach moich podopiecznych w New Hampshire.

Jednego dnia jako jedyny przechodzien na pustym trotuarze, wracalam z zakupów ciagnac pelny worek. Torebka lezala na kalafiorach. Przyjechalam do domu bez torebki.

Na trawie siedzialy mlode matki z niemowlakami, zony studentów.
– Zgubilam torebke – powiedzialam.
– Chodz do mojego samochodu, poszukamy. Popilnujcie mojego chlopaka.

Wolniutko jechalysmy obserwujac pusty trotuar. Weszlam do sklepu z jarzynami. Nikt mojej torebki nie widzial. Wrócilysmy do domu, a na moich drzwiach: „Poniewaz nie masz telefonu, przyjechalam zawiadomic, ze twoja torebka jest w banku, u Suzy”.

Kasjerka Suzy wracala z obiadu. Podniosla moja torebke z trotuaru, poprosila zwierzchnika o piec minut zwolnienia i przyjechala na mój adres. W torebce mialam kilkadziesiat dolarów.

Jednego dnia robilam zakupy w sklepie zielarskim. Wybieralam herbaty kladac portmonetke na pólce. Z herbatami stanelam w kolejce do kasy.

– Czyja portmonetka? – Jakas kobieta szla z wyciagnieta wysoko reka.
– Moja!.

Zawierala ponad siedemdziesiat dolarów. Dwadziescia lat temu to byla fortuna.
I tak minelo miedzy ludzmi moje osiem szczesliwych lat.
Przyszla renta. Klimat na poludniu Utah jest suchy i cieply. Sniegu nie ma, tylko w górach. Kaktusy, palmy i ludzie przez duze L.

Juz od dziesieciu lat mieszkam miedzy nimi w mojej Schangrili-la.
W dalszym opowiadaniu opisze to dokladniej.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii esej, imigracja, Immigrant, kobiety, Polacy w USA, polonia, polonia w usa, społeczeństwo, społeczność, usa, women i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s