Strach przed Wielkim Bratem. I po co?

by Pawel Dylkowski

Jakis czas temu wrócilem zmeczony z Kalamazoo i od razu zlozylem swe cialo na lozu. Jeszcze nie zdazylem dobrze wyciagnac sie, a juz ktos zadzwonil na mój zastrzezony telefon. Widocznie cos waznego. Podnioslem wiec sluchawke.

Odezwala sie dosc mloda osoba z sympatycznym brooklinskim „udarienijem” i do tego jeszcze zujaca gume dla podkreslenia swojego szacunku do rozmówcy. Teraz na takich po-prawnie mówi sie Afrykanie – amerykanscy, choc to nie ma zadnego sensu. Dla mnie to brzmi jak francuski ukrainiec, ale nosiciele tego przydomku sami sie obnosza ze swoja afrykanskoscia, choc z Afryka maja dokladnie tyle wspólnego, co ja z mateczka Rasja, albo i mniej, bo mnie przynajmniej moja Babcia wyuczyla dosc gruntownie porozumiewania sie w jezyku Puszkinów i Piotra Pierwszego.

Otóz owa ciemnulka po pospiesznym odprawieniu rutynowego obrzadku: jak sie czuje, jak mi wszystko idzie, poinformowala, ze pracuje dla organizacji dobroczynnej i na jej rzecz sprzedaje kolorowe magazyny do ogladania i jak ktos potrafi, to nawet do czytania. Zaproponowala, abym zaprenumerowal „People”. Jest to takie troche plotkarsko-taniosensacyjne zródlo opiniotwórcze dla plebsu, który miewa wygórowane nieco mniemanie o sobie. Odmówilem, przerywajac wpól zdania i zapytalem, czy ma „National Geographic”. Nie miala.
– Dlaczego?
– Nie ma popytu.
Zapytalem wiec, czy ma cos jeszcze powazniejszego.
Chwile jej zajelo odszukanie listy.
Wymienila kilka czasopism, takich jak:
Ogrodnictwo, Szydelkowanie, Time i US World News. Nie. Nie chce. Dziekuje.
Jak to, nie chce?
Nie chce poprzec finansowo organizacji dobroczynnej?
Zapytalem, skad ma mój nowy numer telefonu. Ano, z ksiazki telefonicznej. Bzdura, poniewaz numer jest zastrzezony i w dodatku zerejestrowany na fikcyjne nazwisko.

No to, z listy zainteresowan. Równiez bzdura, poniewaz nigdy nie ujawniam publicznie swoich zainteresowan, które dla innych moga sie okazac dosc kontrowersyjne. No wiec pozostaje jeszcze jedna mozliwosc, przypadkowo wybrany numer. No dobrze. W to uwierze. Juz chcialem potraktowac rozmówczynie swoim wypróbowanym argumentem o planowanej repatriacji, ale diabel mnie podkusil.

Czy ma Popular Science, zapytalem ostatecznie, majac nadzieje pozbyc sie natretki i pójsc wreszcie spac. O dziwo, miala. Nawet niedrogo. Dobrze wiec, zamówilem, nalezy sie odchamiac, a ostatnio nie przychodzi do nas nic na papierze.

Pierwszy egzemplarz przybyl jeszcze przed przyjsciem rachunku. Moze to wiec solidna firma, ta niby dobroczynna. Mlodsze dziecko bylo wniebowziete, poniewaz moglo do woli poczytac sobie o pieknych samochodach, hulajnogach z motorkiem, nowinkach technologicznych, a szczególnie o grach wideo.

Dla mnie tez byly co najmniej dwie informacje, jedna o powszechnej dostepnosci kieszonkowych internetowych urzadzen (z rozszerzona mozliwoscia satelitarnego namierzania uzytkownika), ale o tym niewinnym szczególe jakos dziwnym trafem nie bylo wzmianki. Drugi artykul o równie powszechnej dostepnosci wszelkich prywatnych informacji o kimkolwiek, za posrednictwem agencji cyberdetektywistycznych. Usluga inwigilacyjna kosztuje od pieciu dolarów do dwustu piecdziesieciu.

Autor artykulu (podobno po otrzymaniu zgody od obiektów), przystapil w ramach testu do wywracania podszewka na wierzch ich prywatnego zycia.

Tak wiec za czterdziesci dziewiec dolarów USA i dziewiecdziesiat dziewiec centów otrzymal w ciagu — od kilku minut do dwóch dni takie szczególy, jak: adresy, telefony (równiez zastrzezone), stan cywilny, status rodzinny, kredytowy, miejsce pracy z historia zarobków, numery i stan kont w banku (i propozycje odnalezienia numerów kart kredytowych za dodatkowa oplata), marki posiadanych samochodów, ich aktualna wartosc rynkowa, nazwiska partnerów z poprzednich malzenstw, informacje dotyczace dzieci, zainteresowania i #SS wszystkich wymienionych osób.

Adresy, nazwiska i telefony sasiadów i krewnych, znajomych. Historie wiekszych zakupów, profil stylu zycia. I juz nie pamietam co wiecej.

Moja córka sie ze mnie smieje, ze sie czasem zachowuje jak paranoik… To pojecie, uwazam, powinno byc obecnie wykreslone ze slownictwa.

Wydaje sie, ze nasze obawy zwrócone sa w nieco zlym kierunku. Obawiamy sie przeciez ingerencji Wielkiego Brata w nasze zycie. Blad. Powinnismy sie obawiac ingerencji czyjejkolwiek w nasze zycie. Nasze prywatne sprawy wystawione sa na widok publiczny jak towary na wystawie w lumpeksie.

Byle „palant” za cene dwudziestu dolarów jest w stanie zniszczyc nam doszczetnie zycie, co w dobie moralnej akceptacji donosów i tzw. „frivolous suits”, jest grozba calkiem realna.

Podeprzyjmy to przykladem.

Zalózmy, ze sasiad ma piekniejszy dom niz mój i dlatego palam do niego niechecia. Siadam do komputera i za piec ‚baków’ wstepnie analizuje, do czego sie mu przyczepic, czyli jak to sie mawialo na Czerniakowie, „szukam kwadratowych jaj”. O, trzyletni Cadilack i to juz splacony. Czlonkostwo w klubie doradztwa finansowego. Znaczy sie, gosciu ma szmal. Teraz jeszcze zainteresowania. Wspaniale. Czlonek partii republikanskiej, a wiec politycznie nie do konca poprawniacki.

Nalezy teraz tylko zrealizowac wyrezyserowany plan. Czekam wiec na deszcz. Jest. Wiec przechadzam sie przed posesja nic nie podejrzewajacego sasiada. Wczesniej jeszcze nabilem sobie guza za pomoca siatki z kartoflami. Nie boli, a wyglada bardzo powaznie. Przewracam sie na podjezdzie do garazu, dokladnie na wprost drzwi. Poniewaz sasiada nie ma w domu, leze sobie jakies pól godziny na deszczyku (nikt nie musi wiedziec, ze lubie deszcz, jesienia jeszcze nie zmarzne, a bedzie dodatkowy pozew o: „maliceous negligence i rasizm”. Po jakims czasie przyjezdza moja zona (wtajemniczona poprzednio) z cala furgonetka swiadków, po czym zawiadamiamy policje. Wioza mnie na pogotowie i encefalogram, wzywaja pana Davida Leizermana, adwokata z firmy specjalizujacej sie w takich sprawach. „Serious Injury and Deaths Only” (autentyk). Do konca roku jestem na zwolnieniu, jade na Floryde, a nawet do Polski w celach leczniczych, sasiad bedzie placil, a moze jego ubezpieczenie.

Rozmarzylem sie. Niestety, nie dysponuje taka przebojowoscia.

Ale niech mi wolno bedzie ostrzec mieszkanców krajów, gdzie prym wiedzie nowoczesna technologia.

Po co straszyc Wielkim Bratem?

Prosze liczyc sie z tym, ze jesli ktokolwiek moze nam zrobic nieprzyjemnosc albo wyrzadzic krzywde, interesownie, lub bezinteresownie, i wie, ze ujdzie mu to na sucho, to w warunkach cywilizacyjnej dzungli, z jaka mamy do czynienia, niewatpliwie to uczyni.

Ostrzegam równiez mieszkanców tych moze mniej cywilizowanych krajów. Polski, na ten przyklad. Cywilizacja nadchodzi wielkimi krokami.

Postawiwszy siebie w roli potencjalnej ofiary, pokladam jedynie nadzieje dla siebie w fakcie, ze Amerykanie maja specyficzne nastawienie do swojego Bozka – dolara i zawsze mocno zastanawiaja sie przed swiadomym wydaniem kazdej sumy. Ich sknerstwo zwieksza moja szanse przezycia.

P.S. Wyjasniam, ze wzmianka o sknerstwie nie dotyczy nieswiadomego pozbywania sie aktywów w supermarketach, mollach i innych osrodkach wymuszonej sprzedazy, gdzie pacjenta, czy tez klienta wymyslnymi srodkami (swiatla, muzyki, zapachów, srodki psychotropowe) wprowadza sie w trans jeszcze przed przystapieniem do dokonywania zakupów. Szczególnie teraz, kiedy trwa goraczka przedswiateczna.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii esej, Polacy w USA, polityka, polonia, polonia w usa, społeczeństwo, usa i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s