BIAŁY STATEK – Pamięci KaraKhana

Wydaje mi sie, ze bylem tu zawsze. Niektórzy mówia, ze na poklad wniósl mnie mój ojciec,

statek

Biały statek

ale nie pamietam, zeby zdarzylo sie cos takiego. Pamietam tylko, ze stawial mnie na nadburcie, a jego mocne rece trzymaly mnie tak, iz czulem sie bezpiecznie. W mojej pamieci zostaly odbite ostro i na zawsze tylko jego rece. Jego paznokcie byly zólte od nikotyny i pachnace dymem. Ledwie moglem ujac jego palec w swoja mala dlon. Kiedy pokazywal mi koziolkujace wsród fal delfiny, wskazujacy palec wystrzelal do przodu niczym bukszpryt. Pózniej ojciec czesto byl zajety na mostku i rzadko go widywalem. Zreszta nie mialem kiedy sie nudzic. Bylo tu sporo dzieci. Bawilismy sie na cieplym, zalanym sloncem pokladzie dziobowym. Reszta statku tez byla swietnie przystosowana do potrzeb naszego wieku. Ze wszystkich stron otaczal nas tylko jaskrawy blekit nieba i lsniacy ultramaryn fal. Statek zas byl naszym swiatem. Grasowalismy po wszystkich pokladach, bawilismy sie w chowanego wsród tratw i szalup ratunkowych, robilismy wyprawy zwiadowcze w mroczne otchlanie ladowni. Nie obchodzil nas swiat doroslych, nie wiedzielismy, czym jest klopot. Bylismy szczesliwi. Tak, to byly szczesliwe dni. Slonce swiecilo cala moca, swiezy wiatr szarpal wlosy i przyjemnie chlodzil twarz. Moglem godzinami patrzec jak zbliza sie i oddala horyzont, jak morze styka sie z niebem, jak wesole delfiny wyprzedzaja statek w nieustajacym wyscigu. Tak przyjemnie bylo w czasie postoju nurkowac w nieskazitelnie przeŸroczystym basenie goscinnej laguny, zbierac przedziwne muszle i inne skarby morza, polowac na zwinne rybki wszystkich mozliwych ubarwien. Dorastalismy, wiedzielismy juz dosc sporo o swiecie, ale wciaz nie bylismy dorosli. Jeden dzien byl jak tydzien, jeden tydzien jak miesiac, miesiac – niczym rok. Kazdy nowy dzien wydawal sie piekniejszy od poprzedniego. Pewnego dnia zrozumialem, ze dziewczyna, która zawsze starala sie byc blizej mnie w naszych zabawach, jest dla mnie bardzo wazna. Odtad zmiany zaczely nastepowac blyskawicznie. Swiat i otaczajacy mnie ludzie oddalili sie. Przestalem dostrzegac rzeczy, które nie byly zwiazane z Nia. Poznalem piekno nocy, kiedy czekalem na jej przyjscie, kiedy razem, az do switu, patrzylismy w swiecace sie fale oceanu, wypatrujac dziwne, mgliste i bladawe stwory lub zlociste gwiazdki nieznanego pochodzenia. Polubilem firmament, który niczym morze, zyl swoim zyciem. Polubilem jej wlosy, jej oczy. Urodzilem sie i dorastalem, a ona urodzila sie dla mnie… Wkrótce ojciec powiedzial do mnie:
– Nastapil czas, kiedy zastapisz mnie na mostku.
Mimo, ze czulem sie szczesliwy i gotowy zrównac góry z ziemia, jego slowa troche mnie zaskoczyly.
– A ty? – spytalem.
– Postanowilismy z twoja mama zostac w Miescie.
Milczalem tylko przez chwile.
– Dobra – powiedzialem.
– Bedziemy za toba tesknili, synku.
– Ja tez, tato – odparlem.
Jakas dziwna nuta zabrzmiala w glosie ojca, ale bylem niecierpliwy. Chcialem juz biec po swoja ukochana.
Nigdy wiecej nie zobaczylem rodziców. Pamietam tylko, jak stali na zakutym w beton nabrzezu i machali do mnie pozegnalnie. Za ich plecami wznosilo sie Miasto. Po raz pierwszy uswiadomilem sobie, ze potrafie rozróznic pojedyncze budynki, a nawet kilka szczególów. Zobaczylem starego zebraka, który biegl ku nabrzezu. Nagle potknal sie, upadl, z trudem podniósl sie, by znów biec. Caly czas patrzyl na nasz statek. Spogladalem na niego az port zrobil sie maly, a zebrak najpierw zmniejszyl sie do malego czarnego punkciku, a potem w ogóle stal sie niewidoczny. Droga potoczyla sie dalej. Morskie szlaki nagle zrobily sie mniej romantyczne niz kiedys. Ciezko pracowalem na wachtach, musialem dbac o zaloge i pasazerów. Do przyjaciól czesto gadalem tylko przez interkom, rzadko widywalem zone i synka, który nam sie urodzil. Widzialem niekiedy, jak bawi sie na zalanym sloncem pokladzie z innymi dziecmi. W moim zyciu nastapil okres sztormów, chmur i deszczów. Malo widzialem slonca i zapomnialem, jak ludzie sie ciesza. Prawda, miewalem chwile radosci, ale to szczescie bylo tak kruche i tak nierealne, ze czesto wydawalo sie byc snem, który zapomina sie po przebudzeniu. Pewnego dnia zobaczylem niespodziewanie, ze mój syn jest juz dorosly. Zobaczylem faceta, który sie goli, pije piwo i pali. To bylo szokujace. Pojalem, ze mam zwolnic miejsce dla niego. Zeszlismy z zona na betonowe nabrzeze w najblizszym porcie. Miasto zrobilo sie nagle tak pelne szczególów, ze omal nie dostalem zawrotu glowy. Kiedy Bialy Statek odbil i zaczal oddalac sie, cos scisnelo mi serce. A potem tam, gdzie ono bilo, zrobila sie pustka.
Zamieszkalismy w jednej z dzielnic Miasta. Najpierw usilowalem znaleŸc sobie jakies zajecie, lecz wkrótce zaprzestalem prób. Opanowala mnie nuda. Troche chodzilem na ryby i do knajpy, ale pierwsze nie dawalo poczucia sensu, a drugie przygnebialo jeszcze mocniej. W koncu znalazlem zródlo swego niepokoju. Chcialem wrócic na Statek. Chcialem znów stac na jego dziobie i patrzec, jak wesole delfiny robia wyscigi wsród lsniacych fal. Chcialem odczuc na twarzy promienie slonca, poczuc we wlosach wiatr podrózy. Pewnego dnia spytalem ostroznie zone:
– Kochanie… chcialabys wrócic?
– Dokad? – spytala zdziwiona.
Ogladala kolejna mydlana opere i moje pytanie zaskoczylo ja.
– Na Bialy Statek – powiedzialem drzacym glosem.
– Zartujesz, kotku – usmiechnela sie. Jej oczy tylko na jedno mgnienie zrobily sie cieple i wilgotne, lecz potem znów skupily uwage na perturbacjach w czyjejs, obcej rodzinie.
Wyszedlem z domu. Udalem sie w strone portu. Wydalo mi sie, ze widze cos lsniacobialego na tle nieba. Pobieglem. Potknalem sie i upadlem. Wygramolilem sie na niepewne nogi i znów bieglem. Serce podskoczylo mi do gardla. Bylem wykonczony, kiedy wybieglem na nabrzeze. Chcialem plakac z rozpaczy. To, co przyjalem za Bialy Statek, bylo tylko pasmem nieba pomiedzy olowianymi chmurami. Zblizala sie jesien. Zaczalem chodzic do portu codziennie. W poblizu byl maly park. Znalazlem laweczke, na której siedzac, dobrze widzialem przystan. Spedzalem tam cale dnie, bo balem sie przeoczyc Bialy Statek, lecz nigdy sie nie pojawil. Zjawil sie zas jakis brzydki staruch. Dlugo chodzil w oddaleniu, powoli zaciskajac kolo. W koncu przysiadl obok. Odchrzaknal.
– Przepraszam – spytal glosem niesmarowanych drzwi – czy wolno spytac… pan tez czeka?
– Na co? – oslupialem. Przestraszylem sie mysli, ze mógl odgadnac moje plany.
– No… na Bialy Statek.
Podskoczylem przerazony. I nagle zobaczylem ich. Wstretnych, bezzebnych staruchów. Park az roil sie od szarych palt. Siedzieli na lawkach niczym wrony. Bylo ich mnóstwo. Boze! Ucieklem, scigany ich potwornym smiechem. Zrozumialem, ze oni tez czekali na Bialy Statek. Czulem obrzydzenie i strach. Jak owe poczwary mogly urzadzic zasadzke na mój piekny Bialy Statek? Nagle uswiadomilem sobie, ze ja tez jestem taki sam. Jestem jeszcze jednym, wsretnym staruchem! Nie! Niemozliwe! Wkradlem sie do parku w nocy. Kto wie, byc moze wstretne staruchy odstraszaly mój Statek? Moze przyplynie w nocy? Nie zauwazylem, kiedy zasnalem na lawce. Obudzil mnie policjant.
– Nie ma pan, gdzie nocowac? – spytal groznie.
– Mam – odpowiedzialem.
– To niech pan idzie do domu. Jest zima, przeziebi sie pan, a w pana wieku…
Nie chcialem slyszec, co mówi dalej o moim wieku. Szybko odszedlem. Przeziebilem sie jednak. Choróbsko dopadlo mnie nazajutrz. Rano nie zdolalem podniesc sie z lózka. Wiekszosc czasu spalem. Kiedy budzilem sie, widzialem jakas bardzo smutna babcie obok siebie. Chcialem spytac, co ona tu robi i nagle dotarlo do mnie, ze to przeciez moja zona. W nocy przysnil mi sie ojciec. Stal na pokladzie Bialego Statku i usmiechal sie do mnie: „Chodz, synku, poplyniemy…”.
Obudzilem sie spocony. Dziwne, ale czulem strach. Co mógl znaczyc ten sen? Mialem dziwne odczucie jak gdyby cos bylo w pokoju. Cos niewidocznego, cos niepokojacego. Wydalo mi sie, ze moje serce przestalo bic. Przytulilem dlon do piersi i poczulem, jak ledwo tetni, najpierw szybko, potem spokojniej. Spokojnie – powiedzialem – Nic zlego sie nie stalo. Nie trzeba sie bac. Z ta mysla znów zasnalem. Niektórzy mówia, ze to ojciec wniósl mnie na poklad Bialego Statku, ale wydaje mi sie, ze bylem tu zawsze. Slonce swiecilo niesamowicie. Slony wiatr bawil sie moja czupryna. Stalem na dziobie i patrzylem, jak na horyzoncie morze zlewa sie z niebem. I jeszcze byly tam koralowe wyspy. A wesole delfiny bawily sie w lsniacych falach…

Od Redakcji:
Max Bohdanowski urodzil sie 28 maja 1970 roku w Dniepropietrowsku (Ukraina). W wieku lat 16 nauczyl sie jezyka polskiego. Po odbyciu sluzby wojskowej pracowal w miejscowej agencji reklamowej „Sobor” jako grafik. Trzy lata prowadzil tez dzial humorystyczny w gazecie „Dniepropetrowsk”. Aktualnie pracuje jako grafik w prepress biuro. Od trzech lat jest uczestnikiem grupy internetowej „Polskie Podwórko”. Jest zonaty, ma siedmioletniego syna. Opowiadanie „Bialy Statek” zadedykowal pamieci Adama Mackowiaka (KaraKhan), jednego z uczestników „Podwórka”, który zmarl na raka w wieku czterdziestu zaledwie lat. Zdarzylo sie to w kwietniu b.r.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii książki, kultura, literatura, polonia w usa i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s